Ostatnio zastanawiałam się nad ciekawą kwestią podświadomości. To doprowadziło mnie do myślenia nad rzeczami, które robimy mimowolnie i...


Ostatnio zastanawiałam się nad ciekawą kwestią podświadomości. To doprowadziło mnie do myślenia nad rzeczami, które robimy mimowolnie i niezależnie od siebie. Zwyczajnie o tym nie myślimy. To takie zachowania, które ma większość z nas, ale nie mają one większego sensu i często bywają pozbawione logiki. 

ROZDZIAŁ I - TUSZ DO RZĘS

Punktem pierwszym jest otwieranie buzi podczas malowania rzęs. Czy wy też to robicie? To jedna z najdziwniejszych rzeczy, które robię podczas porannego upiększania, a przy tym jak komicznie wygląda to z boku.


Z tuszem do rzęs jest jeszcze tak,  że prawie zawsze odbija się na górnej powiece, gdzieś ubrudzi, szczoteczka zahacza o nos... Wiecie, bez patyczka do uszu ani rusz. 


Na koniec śmietanka ! Coś czego robić nie powinniśmy, a większość z nas i tak to robi. Ruszanie szczoteczką w gorę i w dół i "wpompowywanie" powietrza do środka... Pamiętajcie, tusz powinno się odkręcić i po prostu wyjąć końcówkę ze szczoteczką, bez kilkakrotnego zamaczania jej. 


Macie któreś z tych zachowań? Przyznawajcie się !

Jak mija wam 2016? U mnie ten nowy rok jest bardzo skrajny, na pewno nie jest przychylny dla wszystkich sprzętów jakie posiadam z moim ...


Jak mija wam 2016? U mnie ten nowy rok jest bardzo skrajny, na pewno nie jest przychylny dla wszystkich sprzętów jakie posiadam z moim M. Na początku przestał działać tablet co dało się przeżyć dopóki nie zepsuł się laptop i zostaliśmy odcięci od świata. Potem padało już wszystko po kolei, płyta indukcyjna, samochód, jakimś cudem zbiła się żarówka w lampie softbox, a na koniec umarła mi karta pamięci, co za tym idzie wszystkie zdjęcia przeszły do historii... Tu moja przestroga dla was - nie trzymajcie dużej ilości zdjęć na kartach - zrzucajcie je jak najczęściej możecie, bo niektórych zdjęć po prostu nie da się odzyskać już nigdy. Piszę dziś do was z naprawionego laptopa, którego udało mi się odebrać dwa dni temu. (wreszcie!)
 No cóż, najważniejsze, że jest zdrowie i szczęście duchowe, chociaż to pierwsze też już dzisiaj nawiedził katar i bolące gardło. Mimo wszystko grunt to optymizm i myśl, że będzie lepiej. Tego wam życzę, jeśli wasz rok także zaczął się gorzej, a jeśli jest wspaniały to niech trwa tak bez końca.

Przez czas mojej nieobecności stała się rzecz śmieszna, choć nie dziwiła mojego M, bo jestem straszną sroką i po prostu lubię ładne rzeczy. Zmieniłam się małego aliholika! Chęć sprawdzenia i przetestowania wielu rzeczy wygrała. Sporo zakupów zdążyło już do mnie dojść. Tak narodził się pomysł na serię "Chiński market", w głównym wątku gadżeciary (bo większość rzeczy, muszę przyznać to gadżety).
Na pierwszy ogień idzie rzecz nadzwyczajna i dziwna zarazem. Romantic Bear o nazwie WOW! Long Lasting Lip Colour, u nas potocznie nazywany tintem. Tylko ten ma troszkę inną formę...



... Nie jest to płyn, a bardzo gęsty 'żel', o wdzięcznym kolorze - "Cherry Red". Schowany jest w tubkę, co jest bardzo nieporęczne. Przez gęstość ciężko nakłada się go na usta i utrzymuje kontur. Pierwsza próba była fatalna, nakładałam wtedy zawartość prosto z tubki. Za drugim razem zdecydowałam się już na pędzelek, Mimo wszystko tint trzeba rozprowadzać szybko, bo zastyga i najlepiej jednym pociągnięciem. Trzecia próba wyszła już całkiem dobrze. Na ustach daje efekt delikatnego chłodzenia, a zapach należy do tych przyjemnych. 



Kiedy już uporamy się z nałożeniem go na usta i względnie dobrym wykonturowaniem, nastaje czekanie... Czekanie aż zaschnie, bo tego ów magicznego błyszczyka nie ścieramy, a zrywamy. Zrzucamy jak starą skórę wąż. Pomimo tego, że efekty na zdjęciach to moja trzecia próba i tak wybrudziłam sobie nim zęby - na szczęście szkliwa nie farbuje. Co zauważyłam po tym 3 razie? W czasie kiedy mamy go na ustach najlepiej nic nie mówić i wachlować się jakąś kartką z lekko rozchylonymi ustami. Optymalny czas trzymania 3-5 minut, żeby dobrze nam się odkleił. Za pierwszym razem ledwo mi zasechł. Musiałam go rolować i zmywać wodą. Na pewno nakładamy go na zadbane usta, nie mogą być zeschnięte (niestety moje były kiedy robiłam te zdjęcia), bo kolor wyjdzie nierównomiernie. Nałożenie pomadki nawilżającej na usta, która ma oleje - a chyba wszystkie je mają, skraca jego trwałość. Tint jest wodoodporny i demakijaż z tej samej przyczyny wykonujemy właśnie produktami olejowymi.





Wyobrażam sobie szok na waszych twarzach po obejrzeniu poprzednich zdjęć. Tak wiem jak to wygląda. Kiedy zobaczył mnie z tym cudownym żelem na ustach moj M, spojrzał z przerażeniem i nie do końca wiedział co się dzieje, nawet nie spytał... Ja też nic nie mówiłam.

Tak jak pisałam moje usta były podeschnięte z racji przeziębienia, dlatego też kolor wyszedł nierównomierny. Czy to działa? Próbowałam z pomadką - kolor zjadł się szybko, bez pomadki - trzymał się na prawdę bardzo długo, a nie omieszkam dodać, że jadłam, piłam, oblizywałam usta, a trwałością jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Był nie do zdarcia! Przy zrywaniu brudzi palce co można potraktować jako minus.


Koszt 0,80 centów, więc cena z nóg nie zwala. Czy warto? Decyzję pozostawiam wam, a sam błyszczyk przedstawiam jako ciekawostkę. Za około 2,50zł mamy na prawdę bardzo trwały koloryzator ust, jednak trudność w aplikacji odbiera mu zachwyty. Ja na pewno będę go jeszcze testować na różnych płaszczyznach. Może znajdę na niego złoty środek.

Miałyście? Może macie ochotę kupić? Jakie znacie dobre tinty? 
Jeśli interesuje was sprzedawca, od którego kupiłam - piszcie w komentarzach.